|
Na umiejętność towarzyszenia choremu szczególną uwagę zwrócili psychologowie już w latach siedemdziesiątych minionego stulecia. Istnieje bowiem wzajemne oddziaływanie na siebie chorego i jego opiekunów. Jednak pracownicy oddziałów szpitalnych, gdzie chorzy terminalnie często umierają, podkreślają, że to wyczerpujące trwanie w ciągłej gotowości do służby jest nieraz nie do zniesienia. "Wynika to z faktu, że społeczeństwo nie akceptuje cierpienia. Nie widzi jego pozytywnej, niekiedy twórczej roli w życiu. Stąd chęć natychmiastowej likwidacji wszelkich przejawów przykrych uczuć niezależnie od ich rodzaju i przyczyny, a także niepokój i dyskomfort opiekuna, gdy to się nie udaje".
Towarzyszenie choremu polega na stworzeniu takich warunków, w których życzliwość i miłość najbliższych da mu poczucie bezpieczeństwa. Domaga się ono czynu w postaci wsparcia materialnego, konkretnej pracy czy też stałej pomocy. Stąd też Jan Paweł II przypomina, że "nie wystarczy zaradzić potrzebom kogoś, kto znajduje się w trudnej sytuacji materialnej, należy jednocześnie zaspokoić jego pragnienie wartości i głębokich odpowiedzi. Ważny jest rodzaj pomocy, którą się oferuje, ale jeszcze ważniejsze od tego jest serce, z jakim się jej udziela. Zarówno gdy chodzi o projekty na małą skalę, jak i o wielkie przedsięwzięcia, wolontariat w każdym przypadku powinien być szkołą życia, zwłaszcza dla ludzi młodych, przyczyniając się do ich wychowania w kulturze solidarności i otwartości, w gotowości do dania daru z siebie".
Chory jest w najkorzystniejszej sytuacji, gdy zespół wspierający złożony jest z lekarza, psychologa, duchownego, pielęgniarek, pedagogów, najbliższej rodziny, a także tych, którzy kiedyś doświadczyli podobnego dramatu. Głównym zadaniem jest obecność kogoś z zespołu przy chorym i jego rodzinie, a przynajmniej dyspozycyjność o każdej porze dnia i nocy. Jest to zgodne z zasadą Kodeksu Etyki Lekarskiej: "Najwyższym nakazem etycznym lekarza jest dobro chorego". Świadomość czyjejś obecności umacnia w chorym wiarę i przeświadczenie, że jest szanowany, kochany, a opieka nad nim jest możliwie najlepsza. Opieka ta staje się wówczas dobrym "świadectwem cywilizacji". W Polsce taki sposób pomocy jest w praktyce trudny do zrealizowania, gdyż zbyt wielu chorych "przypada" na osoby, które się nimi opiekują.
Podstawowym zadaniem towarzyszącego ciężko choremu i umierającemu nie jest tłumaczenie sytuacji, w jakiej się znalazł, ale świadectwo solidarności z nim do samego końca. Zbyt wiele słów, argumentów – nawet religijnych – odsłania tylko bezradność. Umierającemu nie trzeba odpowiedzieć na zadane przez niego pytanie najtrudniejsze, dlaczego to właśnie on musi odchodzić. Podobnie rzecz ma się z najbliższymi. Nikt nie przekona matki, w której ramionach "gaśnie" dziecko, że to ma jakiś sens. Wszelkie próby argumentacji zawodzą, z wyjątkiem miłości, którą trzeba jej okazać. Psycholodzy radzą też pomoc w opanowaniu jej emocji. Jest ona skuteczna wówczas, gdy sam opiekun potrafi je opanować i dzielić się duchowym doświadczeniem.
Chory, podobnie jak każdy człowiek, ma osobistą historię i swoje uwarunkowania rodzinne. Rzadko kiedy są one wolne od przynajmniej drobnych konfliktów. Zagrożenie śmiercią kogoś bliskiego zaostrza nieporozumienia wśród najbliższych, a także wywołuje autoagresję z powodu popełnionych lub tylko domniemanych win. Obciążenie ich psychiki jest bowiem tak duże, że nie są zdolni go unieść.. Każdy człowiek jest inny; ma odmienne reakcje na stres.
Uczucia gniewu, żalu, strachu, obrzydzenia itp. nie są chciane przez cierpiących i upokarzają ich. Usiłowanie przekazania informacji, że opiekun rozumie ich stan, jeśli nie kryje się za tym osobiste dramatyczne przeżycie, jest tylko czystym zabiegiem słownym. Nawet temu, który przy agonii był dziesiątki razy, brakuje odwagi, by powiedzieć matce umierającego dziecka, że ją rozumie. Należy natomiast stworzyć atmosferę zaufania i łatwego kontaktu. Jeśli jest to osoba wierząca, trzeba odnieść jej przeżycia do tajemnicy Chrystusa. Najczęściej skuteczną okazuje się pomoc w wykonaniu drobnych posług.
Trzeba powiedzieć wprost, że w spotkaniu z cierpiącym chodzi przede wszystkim o ciepłą obecność i akceptację osoby taką, jaką jest w danym momencie. Ta medyczno-psychologiczna prawda pokrywa się z najgłębszym sensem czynu Dobrego Samarytanina, który daje siebie, ale nie zmusza do przyjęcia daru. W geście darowania siebie cierpiącemu zawarty jest także szacunek dla jego wolności, gdyż ostatecznie nie musi on przyjąć ani naszej bezwarunkowej akceptacji jego bólu, ani zwyczajnej obecności. W tej sytuacji chrześcijaninowi, będącemu w kontakcie z cierpiącym, pozostaje także cierpienie. Jest ono o tyle nietypowe w stosunku do innych jego rodzajów, że w zasadzie nie jest zawinione przez żadną ze stron, lecz rodzi się jako uboczny skutek dobrych intencji.
Próby rozwiązywania konfliktów wewnętrznych lub rodzinnych w sytuacji zbliżającej się śmierci chorego są bezcelowe, a nawet szkodliwe. Narażają go bowiem na dodatkowe cierpienie. W takich sytuacjach pomocą będzie stworzenie warunków do wypowiedzenia wszystkich krzywd. Doświadczona osoba wspierająca może pomóc cierpiącemu zrozumieć uczucia, a przynajmniej wskazać źródło ich pochodzenia. Jednak nie należy obwiniać się, gdy ten cel nie zostanie osiągnięty. Opiekunowie nie są innymi ludźmi niż chory i jego rodzina. Wielokrotnie sami nie rozumieją swoich reakcji emocjonalnych i nad nimi nie panują. Istnieje niebezpieczeństwo, że zajmą się tak własnymi sprawami, że umierającego pozostawią samego sobie. Najtrudniej jest okazać wsparcie ludziom, którzy zawodowo opiekują się chorymi. W takiej sytuacji odwoływanie się do wszelkich argumentów medycznych i usiłowanie budowania na nich silnej nadziei jest niezwykle skomplikowane. Doświadczenie zawodowe tylko w niektórych wypadkach staje się sprzymierzeńcem.
|