|
Kim jestem? Człowiekiem dojrzałym, który żyje dla drugich, czy może infantylnym egoistą?. Sumieniem człowieka kieruje porządek wartości, jaki przyjął dla siebie. Można go odkryć w sobie obserwując własne marzenia. Wszak „gdzie skarb twój, tam serce twoje”
Co jest najwyższą wartością w moim życiu, o czym marzę, o czym najwięcej rozmyślam? Od wyboru takiej czy innej wartości jako najważniejszej, zależy sens i cel mojego życia – zarówno doczesnego jaki i wiecznego.
Człowiek popełnia zasadniczą pomyłkę kiedy „ciągnie ku sobie”, zamiast „ dawać siebie”. Przecież w każdym z udzielonych nam darów przyrodzonych i nadprzyrodzonych tkwi wezwanie do służby. Co czynię z tym wezwaniem? Czy przypadkiem nie dążę do tego, by „mieć aby mieć?” Czy nie związałam się z tym co posiadam i co jeszcze chcę zdobyć? Może zobojętniałam na potrzeby innych ludzi? A może „żyję by żyć”? dla własnej przyjemności, tylko dla siebie? A może wyznaję zasadę „iść w górę po trupach?” Może naginam wszystko do własnych potrzeb, rozkazuję, szukam uznania tylko własnej osoby, nie widzę i nie słyszę innych? A może jednak próbuję ustawić inaczej moje życie? Może wyznaję zasadę „ Mieć, aby móc dawać?” pomagać i tworzyć wokół siebie radość i pokój? Żyć dla spełnienia cudu życia. Oddawać siebie drugiemu człowiekowi i razem z nim dawać dobro i życie innym. Pomagać innym dojrzewać do zadziwiającej miłości. Przetwarzać swoje środowisko i stawać się w nim kimś nowym.
Jeśli świadomie wybieram Boże wartości, staję się dojrzałym i szczęśliwym człowiekiem.
Minęło kilka lat, odkąd dowiedziałam się od lekarza, że mam nowotwór. Nigdy bym się tego nie spodziewała. Pomimo, że choruję na stwardnienie rozsiane, wszyscy podziwiają moją silną wolę i kondycję fizyczną mimo iż jestem na wózku inwalidzkim. W diagnozę lekarza nikt nie mógł uwierzyć. Ja sama byłam zaskoczona tą straszną wiadomością.
Postanowiłam jednak nie poddawać się i całkowicie zaufać Matce Bożej i Bożemu Miłosierdziu. Wiedziałam, że w trudnych chwilach Ona mnie nie opuści. Tak też się stało. Pomimo choroby nadal pracowałam w stowarzyszeniu SM by pomagać innym.
Kapłani jako pierwsi dowiedzieli się o moim stanie zdrowia. Wzruszyli się i zapewnili, że wszystko będzie dobrze. Powiedzieli, że Matka Boża w tak ciężkich chwilach mnie nie opuści. Wizyta u lekarza potwierdziła wcześniejsze przypuszczenia, były przerzuty. Znalazłam się w klinice. Czekały mnie operacje, nie byłam załamana. Wiedziałam, że modlą się za mnie wszyscy ci którzy mnie znają, a szczególnie kapłani, RMBB, modlą się w kraju i za granicą. Nawet w dniu operacji były odprawiane Msze święte. Dowiedziałam się o tym później i bardzo mnie to wzruszyło. Wzmocniło mnie to duchowo i fizycznie. Mój stan wymaga jednak dłuższego leczenia. Czekają mnie co jakiś czas zabiegi chemioterapii i radioterapii. I znów swoją pomoc zaoferowali kapłani, misjonarze, chorzy na SM. Nie chciałam rezygnować z pracy w stowarzyszeniu. Pragnęłam nadal służyć ludziom, co pomagało mi zapomnieć o cierpieniu. Modliłam się o zniesienie zabiegów, dziękowałam Bogu za wszystko. Byłam wdzięczna księżom za wyrozumiałość. Rak niszczy mój organizm. Czuję się osłabiona. Wiem jednak, że Matka Boża jest przy mnie w każdej chwili. Różaniec jest moją tarczą ochronną. Wiem, że otaczają mnie życzliwi ludzie, a Bóg czuwa nade mną.
W tych trudnych życiowych sytuacjach nie załamałam się i nie tracę nadziei, ale zaufałam Bogu i Matce Najświętszej. Zrozumiałam i uwierzyłam, że modlitwa czyni cuda.
Dziękuję wszystkim za modlitwę, Msze św. I wszelką pomoc. Moje słowa nie są w stanie wyrazić mojej wdzięczności. Okazuje się, że z pomocą Boga, Matki Bożej i ludzi o wielkim sercu można przezwyciężyć największe cierpienie i być zawsze szczęśliwym.
Dla mnie czas choroby jest „przystankiem oczyszczenia”, refleksją nad moim życiem. Nawet mniejsza lub większa zależność od innych nie przeszkadza mi w tym, by szukać w przeciwnościach czegoś dla siebie. Bo przecież najlepiej, gdy cierpienie przestaje być złym doświadczeniem a zaczyna być drogą ku... miłości. Osiąga się to po pewnym czasie, gdy z miłości potrafimy wyciągnąć coś od siebie dla drugiego, omijając szerokim łukiem niszczące nas zapatrzenie we własne bóle i troski. To jest według mnie pierwszy krok do tego, by stawać się apostołem.
W wypracowaniu własnym życiem tych refleksji bardzo pomogła mi RMBB, bardzo głęboko i owocnie zakorzeniona w dialogu z nami chorymi. To właśnie tutaj zrozumiałam sens porównania, które mówi o „stawaniu się chlebem”, które usłyszałam kiedyś na rekolekcjach.
Uczę się głosić całą sobą „bierzcie i jedzcie”... mój czas, moje serce, mój dar modlitwy. Zgadzam się codziennie, jako człowiek, dzielić los chleba, nawet tego porzuconego w koszu na śmieci, po którym ludzie depczą. Chleb nie umie się bronić. Los chleba zależy od rąk, w których się znajduje. Niech ta historia z Wieczernika pomaga nam czynić z cierpienia powołanie.
|